Start

zrzut ekranu1

 

Dziś nastał sądny i bardzo istotny dla mnie dzień – po raz pierwszy od 8 lat Gentoo Linux zniknął z mojego komputera. System przez 8 lat stanowił dla mnie doskonałe narzędzie pracy. Był szybki, lekki i konfigurowalny. Przypuszczam, że tak konfigurowalność była za razem jego końcem na moim desktopie.

Nasz związek zakończył się w bardzo burzliwy sposób – ja, znudzony brakiem zmian, dusiłem się w tym, co nas łączy – on z kolei do zmian nieskory, blokował wszelkie próby wpuszczenia tchu świeżego powietrza do naszego związku :). Mowa oczywiście o aktualizacjach. W związku z pojawieniem się OSX Mavericks wpadłem na pomysł zaktualizowania Gentoo. Nie spodziewałem się prostego upgrade, ale to co zastałem – tzw. bloki przerosły moje najśmielsze oczekiwania.

800x600

Próba aktualizacji KDE z wersji 4.8.4 do 4.10 spowodowała wywalenie listy pakietów blokujących się na wzajem – nie można zainstalować kde-libs-4.10 ponieważ zainstalowane jest kde-libs-4.8.4. Takich paradoksów było sporo. Co innego gdybym starał się instalować oba pakiety na raz, ale to była aktualizacja! Stary do kosza, nowy w jego miejsce. W tym wypadku portage nie działał jak należy. Mimo zmian w plikach konfiguracyjnych portów, modyfikacji make.conf (spędziłem nad tym cały wieczór) aktualizacja nie powiodła się. To przesądziło nad dalszym losem Gentoo na moim – de facto – stanowisku pracy.

 

Ponieważ jestem już zmęczony…

Praca z komputerem powinna być przyjemnością. Gentoo sporo rzeczy robił automatycznie poprzez dopisane przeze mnie skrypty w BASH – np. aktualizacja plików z serwerów FTP klientów, tak że na własnym dysku miałem mirror 1:1 udostępnianych nam materiałów. Kolejna aktualizacja i milion bloków nakłoniło mnie do refleksji – czy komputer jest do pracy czy do głaskania i dopieszczania? Czy mam czas na to, by spędzić pół wieczoru na zwykłych spekulacjach związanych z konfiguracją głupiej aktualizacji? Na te pytania oraz każde kolejne, rodzące się w mojej głowie przychodziła mi jedyna odpowiedź: nie.

Moje narzędzie pracy przestało działać jak należy, a ja nie mam czasu na naukę podstaw medycyny by ratować truchło. Przemyślałem sprawę:

OSX odpada, bo lubię mieć wszystko skonfigurowane po „mojemu” oraz brak mi narzędzi, które mam dostępne w środowisku Linuxa (kompilatory, IDE, KDE, które uwielbiam).

– Ostatnie Windows zamknąłem gdzieś w latach 2003-2005 a obecnie technologicznie wydają się przestarzałym systemem.

Solaris został spuszczony w kanał przez Oracle.

BeOS nie jest już rozwijany i zniknął z powierzchni ziemi.

QnX, BSD i reszta wesołej gromadki… seriously?

Cóż więc zostaje, jeśli nie Linux? Jeśli mam wchodzić w binaria, muszę wybrać dobrego gracza, który nie zniknie z rynku przy pierwszej możliwej okazji. Dystrybucja musi też być dobrze rozwijana – posiadać aktywny zespół programistów. Musi też koniecznie, ale to przede wszystkim zawierać… KDE 4 i Qt. Padło więc na Kubuntu.

Wybór wydaje się dość dziwnym w przypadku przejścia z systemu budowanego z kodu źródłowego na system pakietowy/binarny. Uwierzcie, jeśli spędzicie w kodzie tyle czasu, co ja (gdzieś od 1998 roku) również będziecie mieli dość 2-dniowej kompilacji środowiska pulpitu, czyli w moim przypadku KDE.

Dziś jest więc dzień, w którym na moim komputerze zawitał Kubuntu. Właśnie przeprowadzam upgrade całego systemu, który zajmie jeszcze… 1 godzinę i 2 minuty. Licząc, że system zaktualizuje ponad 1500 pakietów, jest to średnio 24 pakiety na minutę, czyli pakiet co 2,5 sekundy. Z takimi wynikami życzę zdrowia i szczęścia Gentoo.

Gentoo nadal pozostanie jednak dystrybucją, którą pcham na serwery a zatem nie rezygnuję z niej do końca. Na koniec załączam Wam ciekawy zrzut ekranu – postęp aktualizacji podczas pisania tego artykułu. Przez ten czas Gentoo nie zliczyłby nawet zależności.

 

Finish

zrzut ekranu2